Szukaj 這wiska:  Nazwa -   Wojew鏚ztwo -  Zaawansowane
      Strona g堯wna -> Felietony S豉wka Rybickiego
 





  Trzy (z lamusa)  

Kiedy (ciutk z這郵iwie) powiedzia貫m 穎nce, i mo積a wyr騜ni u kobiet trzy etapy:

-wi璚ej ciuch闚 ni kosmetyk闚

-wi璚ej kosmetyk闚 ni ciuch闚

-wi璚ej lekarstw ni.... reszty.

***

Bose stopy 郵izgaj si po pokrytej ros trawie. Oczy zaklejone jeszcze snem ledwo widz drog. Omijam du篡m 逝kiem k瘼 pokrzyw i w豉輳 wprost w 鈍ie簑tk "krowin". Nic to. Kilka szurni耩 nog po mokrej trawie i biegn nad rzek. Ostro積ie schodz po 郵iskim grzbiecie wa逝 i przysiadam wprost na ziemi. Spodnie nami瘯aj od razu, ale to nieistotne. Rozk豉dam na trawie bambusow w璠k wujka i niecierpliwie nadziewam na haczyk robaka wyci庵ni皻ego z pordzewia貫j puszki. Wierci si jak diabli, ale wreszcie pokonuj "robala" i sp豉wik z pi鏎ka l康uje w samym 鈔odku malutkiego zastoiska. Czekam. S這鎍e podnosi si coraz wy瞠j a w璠ka tkwi jak zaczarowana w jednym miejscu. Miejsce kropel rosy zajmuj teraz koniki polne. Co raz kt鏎y z nich l康uje na mojej koszuli. Podci庵am lekko w璠k i odk豉dam j znowu na traw. Sp豉wik podskakuje przez chwil i nagle niknie pod wod. Zacinam z rozmachem i 郵iczna p這tka l康uje za moimi plecami. Kamie ko鎍zy jej 篡wot i zawisa na wierzbowej witce. Kolejny robak kusi po kilku chwilach nast瘼n. Grzebi palcami w puszce usi逝j帷 znale潭 co poza zeschni皻 ziemi. Chwila namys逝 i ju biegam po 陰ce usi逝j帷 z豉pa "konika". Tym razem zarzucam w nurt. Pi鏎ko przytapia si lekko i podskakuje na wodzie, kiedy id za nim brzegiem. Niedaleko, ot raptem 10 krok闚 i z powrotem. Raz, drugi, trzeci. Przytrzymanie i siedzi. Nawet nie zaci掖em.

Zaciskam w pi窷ci wierzbowy pr皻, na kt鏎ym wisz 3 p這tki i dwa klenie. Trawa brz璚zy w s這鎍u milionami owad闚 a ja dumny jak diabli id do domu by odebra obowi您kowy "opeer" od babci za upaprane spodnie.

***

Kln w my郵i Andrzeja za wyb鏎 "miejsc闚ki". Ju 40 minut dymamy ob豉dowani jak wielb陰dy. Sto貫czki, w璠ziska, podp鏎ki, plecak z "wyposa瞠niem" i wiadro z zan皻. Andrzej niesie jeszcze prowiant na ca造 dzie. Pomimo ch這dnego poranka pot 軼ieka mi ju po kolanach. Jeszcze jeden zakr皻 rzeki w wreszcie s造sz upragnione - to tu. Andrzej te ma dosy. Sapi帷 jak parow霩 rzuca wszystko na traw i zapala papierosa. Odpoczywa b璠ziesz p騧niej - m闚i i zaczynam szykowa stanowisko. Kolejne minuty zamieniaj bez豉dn graciarni w podr璚znikowo przygotowane stanowisko w璠karskie. Widok czterech "grunt闚ek" nastraja nas optymistycznie. Jeszcze tyko zan皻a i otwieramy po "篡wcu". Czekamy. Powoli si wypogadza. Leniwie dyskutujemy o 篡ciu, o 穎nach ot tak, aby zabi czas. Nic nie bierze. Wyci庵amy prowiant i wtedy Andrzej zrywa si jak antylopa i zacina niewielkiego jazgarza. Niby nic wielkiego, ale cieszymy si, 瞠 si zacz窸o. Z逝dzenie - kolejne dwie godziny zaowocowa造 jednym, kr徙ikiem u mnie i kolejnym jazgarzem u Andrzeja. Przezbrajam jedn z w璠ek i jazgarz (ju jako trupek) staje si przyn皻 na jakiego rekina. Zdesperowany Andrzej zwija jedn grunt闚k i rozk豉da sp豉wik. I gdzie te ryby? - pytam kpi帷o. Odczep si - odpowiada bez z這軼i - lepiej zajmij si w璠kami. Id na spacer wzd逝 brzegu zagl康aj帷 napotkanym w璠karzom do siatek. Bryndza. Siatki sm皻nie faluj w wodzie a dwa niewielkie leszczyki to jedyny po堯w od rana na ca造m 100 metrowym odcinku. Wracam do w璠ek i Andrzeja. Nawet nic nie musz m闚i. Zwijamy si? - pyta.

***

Cichutko wstaj z 堯磬a. Ciemno jak diabli, ale 豉pi bezb喚dnie kij i pude貫czko woblerk闚. Poruszam si jak Indianin na 軼ie盧e wojennej, aby nie pobudzi domownik闚. Kurtka na plecy i zamykam za sob drzwi. Syrenka alarmu pika dwa razy p這sz帷 jakiego kota, kt鏎y znalaz sobie nocleg pod samochodem. W radiu znowu wiadomo軼i z Iraku. Nie s逝cham w陰czy貫m je z przyzwyczajenia. Ulice puste jak wymi鏒. Normalni ludzie 酥i nadrabiaj帷 zaleg這軼i z ca貫go tygodnia. Samoch鏚 po造ka kilometry jakby ciesz帷 si jazd bez "kork闚". P馧 godziny i jestem nad Wis陰. Schodz na g堯wk i siadam na betonie. Tu obok dw鏂h "grunciarzy" ko造sze si nad w璠kami jak wyznawcy buddyzmu. Do "dwunastki" wi捫 malutkiego salmiaka i zaczynam "czesa" wod. Bawi si w puszczanie woblerka dobre p馧 godziny bardziej obserwuj帷 wszystko inne ni szczyt闚k. Wdech, wydech, wdech, wydech. Jezuuuu!!! jak dobrze. Cisza, spok鎩. Ciche chlapanie nurtu na kamieniach, kaczka kwakn窸a, o jest i czapla. Kr鏒kie, ostre szarpni璚ie w璠ki wyrywa mnie na chwil z medytacji. Oko, okonek w豉軼iwie szarpie si na 篡販e usi逝j帷 odzyska wolno嗆. Spoko - zaraz Ci wypuszcz - mamrocz pod nosem podbieraj帷 rybk otwart d這ni. Wraca do wody i znika pospiesznie mi璠zy kamieniami a ja wracam do 獞icze oddechowych.

Id dalej. Oczy odpoczywaj od papierzysk i komputer闚. Kolejna g堯wka i malutki ja zawisa na w璠ce. Po co Ci to by這? - pytam go w duchu wypuszczaj帷. Przypalam papierosa zerkaj帷 na zegarek. Nie幢e. Trzy godziny min窸y jak chwilka. Zmieniam salmo na sieka, kt鏎y za chwil l康uje tu przed miniaturowym przelewem. Podci庵am lekko i w tym momencie kij wygina si 逝k. Ko這wrotek oddaje 篡趾 a ja nie wiem jeszcze, co walczy na drugim ko鎍u. Minuta mo瞠 pi耩 minut i mam w r瘯u klenia. Klenia przez du瞠 K. To najwi瘯szy, jakiego uda這 mi si kiedykolwiek z豉pa. Nie mam miarki ani aparatu, ale nie 瘸逝j, kiedy go wypuszczam. Nie przyszed貫m tu po ryby.

S豉wek Rybicki 字oda 11 Maj 2005  




© 2005 C 2005 - 2006 υwiska.pl Wszelkie prawa zastrze穎ne. Stan licznika odwiedzin 15581616